Gdy troje studentów poszło w Sudety

Było wtorkowe popołudnie, dnia 31 lipca 2007, kiedy Alina i Paweł zapukali do drzwi Marcina, by bliżej przyjrzeć się trasie, którą planowali przejść razem przez najbliższy tydzień. Celem były Sudety, a konkretniej Przedgórze Kaczawskie, Góry Kaczawskie, Rudawy Janowickie, Karkonosze i Góry Izerskie. Marcin zamierzał tego wieczoru spakować się i obejrzeć jakiś film, ale tak ich pochłonęła dyskusja na temat spraw związanych z wyprawą, że marcinowe plany na wieczór musiały ulec małej zmianie. Najbardziej kontrowersyjną okazała się sprawa namiotu, a mianowicie sposobu, w jaki będą go nosić.
– Podzielmy go i niech każdy niesie tylko jakąś część namiotu. – taki był postulat Marcina i pomysł ten wydawał się wcale nie głupi, ale Paweł twardo obstawał przy wykorzystaniu sprawdzonej już w Beskidzie Niskim metody niesienia całego namiotu na przemian. Chyba z godzinę trwała debata na temat wyższości każdego z pomysłów, ale obaj panowie twardo upierali się przy swoich pomysłach.
Ostatecznie Alina zaproponowała kompromis: pierwszego dnia namiot podzielimy i sprawdzimy jak wygląda pomysł Marcina w praktyce, a jak nam się nie spodoba to wrócimy do sprawdzonej metody Pawła, jednym słowem: przyjmijmy okres próbny (rozwiązanie w europejskim stylu).

Nazajutrz spotkali się o 9:30 u Aliny, skąd mieli wyruszyć (tato Ali zgodził się podwieźć ich do Lwówka Śląskiego, gdzie trójka podróżników planowała zacząć wędrówkę. Na początku szli niebieskim szlakiem, poskakali po skałkach zaraz za Lwówkiem („Szwajcaria Lwówecka”), bezczelnie zignorowali autobus zmierzający do Wlenia, a parę godzin później dotarli tam idąc szlakiem żółtym.
W pozostałościach zamku we Wleniu posilili się i poszli dalej – tego dnia zamiast konkretnego celu wędrowali na zasadzie: „im dalej dojdziemy tym lepiej” (planowali rozbić się gdzieś z namiotem).

Pogoda cały czas była bardzo ładna, a wędrowcy szli aż do zachodu słońca – dosłownie na parę minut przed zmrokiem zaczęli się rozbijać u podnóża Okola. Mieli mały problem ze znalezieniem miejsca na namiot, bo pole na skraju lasu okazało się zasłane sadzonkami, ale po paru minutach udało się znaleźć kawałek miejsca, gdzie żadnych drzewek nie było. Noc okazała się chłodna i chyba wszyscy budzili się wyjątkowo często zwłaszcza, że teren na którym się rozłożyli nie był do końca równy, a plecaki poukładane u wejścia namiotu nie pozwalały na wygodne ułożenie się do snu. Jednak nikt jeszcze wtedy szczególnie nie narzekał.

Czwartek, 2 sierpnia, zaczęli od wejścia na Okole. Później szli dalej niebieskim szlakiem przez Góry Kaczawskie, gubiąc się czasami, czemu winne było nienajlepsze oznakowanie trasy. O Górach Kaczawskich zawsze wszyscy mówili, że są beznadziejne, co okazało się kompletną bzdurą, ponieważ co krok można było podziwiać śliczne krajobrazy.
Kiedy doszli do pewnej przecudnej urody polanki, zdecydowali się na dłuższą przerwę. Przystanek okazał się chyba zbyt długi, bo rozleniwiony Marcin postanowił leżeć dalej nie zważając na to, że wódz, tj. Paweł, już ruszył naprzód. „Faszysta!” – krzyczał Marcin i minęło ładnych parę minut zanim zebrał się w sobie i ruszył w drogę. Co prawda wiedzieli, że pierwszą wieś, a co za tym idzie sklep, spotkają dopiero po południu, ale i tak zapas wody jaki posiadali okazał się niewystarczający zwłaszcza, że dzień był wyjątkowo gorący. Najmniej przyjemne były chwile, kiedy biegali we wszystkie strony, w samo południe, po odsłoniętych polach, przy szczytach Skopca i Barańca, szukając drogi, a w plecakach wody już prawie nie było. Każda kropla płynu stawała się cenna, słońce grzało coraz mocniej, drzew jak na lekarstwo, a do wsi daleko. Szli, szli i szli, aż w końcu zobaczyli w dole Radomierz, a tam sklep – oaza!
Pod sklepikiem stała ławeczka (pewnie na co dzień zajmowana przez panów popijających napoje wyskokowe) na której zasiedli i kolejno wchodzili do sklepu. Nakupili wody oraz słodkich, gazowanych napojów, które traktowali jak nektar i upajali się ich chemicznym smakiem, który był tak różny od wody mineralnej – tej mieli dosyć po wyprawach. Kupili też lody. Ala zjadła swojego i okazało się, że wygrała kolejnego, więc zadowolona poszła do sklepiku odebrać wygraną. Zjadła drugiego i… znów trafiony! Na trzeciego już ochoty nie miała, więc szczęśliwy patyczek dała Pawłowi. Sprzedawca wydał mu loda (już ostatniego z tej serii), a ten znowu okazał się wygrany, więc kontynuując łańcuszek Paweł oddał patyczek Marcinowi. Nie wiadomo, jaka była mina sprzedawcy, ale w każdym razie Marcin dostał już takiego loda, w którym żadnego konkursu nie było (ciekawe, dlaczego?). Wyjedli zatem połowę lodów z zamrażalnika, zapchali swoimi śmieciami cały sklepowy kosz, zajęli ławeczkę, narobili zamieszania i poszli – świnie z miasta!

Poszli dalej do Janowic Wielkich i dotarli aż na zamek Bolczów, gdzie to wieczorem, po 12 godzinach marszu, drapali się pod górę ostatkiem sił. Na zamku Paweł pokazał Alinie pewne niezwykle urocze miejsce, a cały zameczek urzekł ją swoim czarem.
Namiot rozbili w lesie niedaleko za zamkiem. SMSowa prognoza pogody zapowiadała jej załamanie, deszcze i burze na noc, i dzień następny, więc byli gotowi na najgorsze. W nocy chyba padało, ale ulewą nazwać tego nie można, chociaż słyszeli, że wiatr szarpał koronami drzew. Noc była ciepła, a dzięki temu, że byli w lesie nie czuli wiatru.

Poranek był ładny. Co prawda nie świeciło słońce, ale pogoda była idealna do chodzenia – ani gorąco ani zimno, deszcz wisiał w powietrzu, ale nie padało i mimo zachmurzenia widoczność pozostawała bardzo dobra. Rudawy Janowickie. Piękne góry! Pełno skałek i malowniczych krajobrazów.
Doszli do „Szwajcarki”, gdzie zatrzymali się na postój przed wyprawą na Krzyżną Górę i Sokolik. Przed schroniskiem przyplątał się kotek, który uparcie wpatrywał się w ich jedzenie – szczególnie polubił Marcina, ale zdecydowanie bez wzajemności.
Marcina od pierwszego dnia obcierały buty i szedł dzielnie cały czas z ranami na stopach („to mi trąci masochizmem”, jak to później skwitował tato Aliny), co znacznie utrudniało mu drogę. Pod „Szwajcarką” towarzysze postanowili rozdzielić się na 1,5 godz. – Ala i Paweł poszli na Krzyżną Górę i Sokolik, a Marcin został z kotem (chyba nawet zakopali wojenny topór, bo kiedy się rozstawali Marcin popatrzył nieco przyjaźniej na kotka i rzekł do niego: „Ostatnio czytałem ciekawą książkę… Wszystko ci opowiem!”). Krzyżną Górę Paweł nazywał sudeckim Giewontem, z uwagi na postawiony tam krzyż, a na Sokoliku uwagę zwracali wspinający się po skałach adepci działającej w pobliżu szkoły wspinaczki. Wrócili do „Szwajcarki” i stamtąd, już we trójkę, poszli do Karpnik, gdzie musieli okrążyć całą wieś, aby w końcu trafić na sklep. Cały dzień Alina miała ochotę na taką zwykłą, ordynarną, coca-colę. Kupiła napój o takiej nazwie, ale malutki napis na nalepce powiedział, że jest to: „Napój gazowany typu cola” i rzeczywiście owy płyn nie zasługiwał na miano „Coca-Coli”.

Ostatnim etapem tego dnia było wejście na Skalnik. „No co? Dawać dalej!” – ponaglał jeden z napisów zostawionych na asfalcie, a więc szli dalej pod górkę.

Skalnik zdobyli i szczęśliwi zeszli do schroniska „Czartak”, gdzie planowali nocleg. Wreszcie noc w cywilizowanym miejscu! Prysznic! Nareszcie mogli się normalnie umyć, wyspać na miękkim łóżku w zamkniętym pomieszczeniu, napić ciepłej herbatki…
Niby raj na ziemi, ale trafili im się ciekawi sąsiedzi… Inne locum na tym piętrze zajmowali jacyś bardzo hałaśliwi ludzie, którzy kłócili się, czy tropik wchodzi w skład namiotu, czy nie. W nocy Marcin wyszedł, aby zabrać buty z korytarza w obawie przed głupimi pomysłami sąsiadów.
– Macie telewizorek? – zaskoczyli go pytaniem
– Nie, nie mamy.
– A radyjko?
– Też nie.
– Kłamiesz! – krzyknął głos zza drzwi, ale Marcin już zniknął w pokoju.
Rano wyszli ze schroniska i spojrzeli na drogę.
– Idziemy na prawo i do góry. – zakomunikował Paweł po spojrzeniu w mapę
– No przecież nie na lewo i w dół… – to zdanie wypowiedział Marcin i było ono aktualne chyba aż do końca wyprawy.

Czwarty dzień zaczęli od ponownego zdobycia Skalnika, gdyż od teraz planowali iść już do końca czerwonym szlakiem im. dr M. Orłowicza. Szli do Karpacza. Przeszli przez różne wzgórza, minęli między innymi źródełko, z którego płynęła bardzo smaczna woda, spotkali człowieka, który jeździł w te i z powrotem w takim dziwnym, małym, bardzo szybkim samochodziku (gokard? wyścigówka?), sklep, obok którego plątał się prześliczny (zdaniem Ali), a wstrętny (zdaniem Marcina) maleńki kociaczek, Mrowiec – góra która cała się ruszała od mrówek i inne.
Gdy doszli do Karpacza pojawił się największy problem tego dnia: nocleg. Miejsce, gdzie planowali się zatrzymać było w całości zajęte przez turystów, a w miejscu kempingu, który też wchodził w grę, prowadzono jakąś budowę i nie zostało po nim nawet śladu. Jedynym wyjściem okazał się Bartek – kolega z DA, który pochodził właśnie z Karpacza. Marcin zadzwonił do niego, a ten pomimo niemałego zaskoczenia zgodził się ich przenocować. Mieli strasznie wyrzuty sumienia, że tak znienacka zwalili się Bartkowi i jego rodzinie na głowę… We czworo poszli na pizzę i lody, a dzień zakończyli małym sporem, czy aby na pewno następnego dnia trzeba wstać o 6 rano.

Niedziela. O szóstej trzeba było wstać, aby zdążyć na mszę o 7:30. Do kościoła poszli ze swoimi wielkimi plecakami i przypadkiem zastawili nimi dojście do konfesjonału (zrezygnowany ksiądz musiał poniechać udzielania sakramentu pokuty w ciągu tej mszy). Każdego poprzedniego dnia widzieli Karkonosze. Początkowo majaczyły się gdzieś w oddali, potem były coraz bliżej i bliżej, a tego dnia przyszła pora na zdobycie najwyższego pasma Sudetów. Zaraz po mszy trzeba było wdrapać się na Śnieżkę, co było nie lada wyzwaniem zwłaszcza, że wybrali najtrudniejszy szlak i szli z ogromnymi plecakami. W końcowym etapie drogi na Śnieżkę mijali pana z dzieckiem, który popatrzył na nich i rzekł do swojej pociechy: „Widzisz – oni idą z takimi plecakami, a ty mówisz, że jesteś zmęczony!”.
Ala szła tą trasą równo rok temu, więc na każdym kroku udowadniała sama sobie, że teraz jest silniejsza fizycznie, psychicznie, więcej potrafi, ma lepszą kondycję… To dodawało jej sił, kiedy było ciężko – droga była długa, nie było przy niej wysokich drzew, a dzień wyjątkowo gorący. Marcin tego dnia miał kryzys, ale na szczęście udało im się szczęśliwie dojść do schroniska na Hali Szrenickiej. Po drodze spotkali mnóstwo rowerzystów, uczestniczących w jakimś wyścigu, którego celem była Śnieżka – budzili szczery podziw wędrowców, a Marcin poświęcił im szczególnie dużo uwagi, ponieważ sam bardzo lubi wyprawy rowerowe.
Czerwony szlak wiódł przez szereg przepięknych punktów, jak na przykład Słonecznik, Śląskie i Czeskie Kamienie, Śnieżne Kotły… Po drodze mijali schronisko „Odrodzenie”, które źle zapisało się w pamięci, ponieważ odmówiono im wrzątku, a cała sala oblepiona była napisami: „Zakaz spożywania własnych posiłków”.

W poniedziałek planowali przejść przez Góry Izerskie i dojść do schroniska na Stogu Izerskim, spędzić tam noc i dopiero dnia następnego zejść do Świeradowa Zdroju, ponieważ – według informacji Pawła – jedyny autobus jadący w kierunku Legnicy i Wrocławia był o 11:30. I tutaj trochę namieszała mama Aliny, wysyłając informacje, jakoby tenże autobus jeździł również o 17:30. Uradowani tym, że zaoszczędzą na jednym noclegu, zeszli z Hali Szrenickiej, mijając Kamieńczyk, do Szklarskiej Poręby, weszli na Wysoki Kamień, przebiegli Izery i ze Stogu Izerskiego zeszli wprost do Świeradowa.
Chyba tego dnia słońce grzało najmocniej, droga wiodła przez pola i młodniki, a najbardziej ucierpiał na tym Marcin, któremu upał zbyt mocno przypiekł rękę.
Czasu do autobusu nie zostało wiele, a byli głodni i naszła ich ochota na pizzę. W pobliżu przystanku była pizzeria, a Ali udało się wynegocjować obsługę poza kolejką (ludzie z sąsiedniego stolika, którzy byli tam przed nimi nie byli zachwyceni, ale cóż – im się chyba spieszyło mniej niż trójce strudzonych wędrowców). Na przystanek doszli na parę minut przed planowanym odjazdem autobusu i… zonk! Autobus rzeczywiście jeździł, ale… tylko w soboty i niedziele! W tym momencie Ala stwierdziła, że skoro to jej matula namieszała, teraz wypadałoby to jakoś odkręcić. Zadzwoniła więc do taty.
– Mama wpuściła nas w maliny i teraz biedne sieroty siedzą na przystanku czekając na nieistniejący autobus. Może byś się nad nami zlitował…?
– A co ja z tego będę miał?
– Hmm… Piwo?
– No dobra, przyjadę po was.
Do Świeradowa z Legnicy trochę kilometrów jest, więc myśląc, że mają masę czasu, poszli jeszcze raz do wyżej wymienionej pizzerii, ponieważ tamtą mikrą pizzą nikt się nie najadł. Marcin od początku do końca podróży domagał się przyznania mu racji przez Pawła co do podziału namiotu, ponieważ jego pomysł okazał się bardzo dobry. Siedząc przy pizzy w końcu wymusił na Pawle to krótkie, magiczne zdanie, którego żaden z panów nie lubił wypowiadać: „Miałeś rację.”. Po pizzy poszli do sklepu po lody i ledwie zdążyli je zjeść, już na horyzoncie pojawił się znajomy samochód – to tato Ali bił rekordy prędkości i w nieco ponad godzinę dojechał do Świeradowa.
Minęła kolejna godzina i już byli pod dworcem legnickim, gdzie pożegnali Pawła, a parę minut później Alina i Marcin dotarli do swoich domów w Legnicy.

0 odpowiedzi do “Gdy troje studentów poszło w Sudety”

Dodaj komentarz